Fragment książki Kolebka życia

J. William Schopf

Kłamliwe kamienie Beringera

Legenda o „kłamliwych kamieniach doktora Beringera” opowiada dzieje jeszcze jednego wyjątkowego twierdzenia paleontologicznego. Jest to przekazywana, przekręcana i ubarwiana przez wykładowców paleontologii na całym swiecie przez ponad dwa i pół wieku, wprost niewiarygodna historia słynnego oszustwa, które dostarcza rzadkiego wglądu w sposób uprawiania nauki w początkach XVIII wieku.

Główną postacią tej historii jest władczy profesor, J. B. A. Beringer, notorycznie oszukiwany przez swoich studentów, podrzucających mu na stanowiska, gdzie prowadził poszukiwania paleontologiczne, wyrzeźbione podróbki skamieniałości. W przekonaniu, że trafił na cos niezwykłego, Beringer z wielkim entuzjazmem napisał o swoich odkryciach grube dzieło. Lecz potem, ku swojemu zaskoczeniu, znalazł na jednym z fragmentów skał wyrzeźbione hebrajskimi literami swoje nazwisko. Zrozumiał, że padł ofiarą oszustwa! Całkowicie poniżony, wykupił wydane tomy i wkrótce zmarł – bez grosza, bez przyjaciół, w głębokiej rozpaczy.

Wspaniała opowieść, jednak tylko w części prawdziwa. Jej prawdziwy przebieg wyszedł na światło dzienne parę lat temu, dzięki liczącym 200 lat dokumentom sądowym odkrytym w Państwowym Archiwum w Würzburgu. Dokumenty te mówią co następuje:

  • W 1726 roku, Johann Bartholomew Adam Beringer (1667-1740) został autorem wielkiego dzieła (Lithographiae Wirceburgensis), trzeciej ze swoich ogłoszonych drukiem prac. Zmarł jednak nie wcześniej niż 14 lat później, w którym to czasie opublikował jeszcze dwa tomy swoich dzieł, w tym jedno obszerne kompendium o rozprzestrzenianiu się i sposobie zapobiegania groźnym zarazom.
  • Beringer był profesorem w Uniwersytecie Würzburskim. Lekarz, syn profesora, dyplomowany i doktoryzowany, profesor zwyczajny i dziekan uniwersyteckiego wydziału medycyny, główny lekarz szpitala Juliusa w Würzburgu, doradca i główny lekarz Christopha Franz von Huttena „uczonego i szlachetnego” arcybiskupa Würzburga i księcia Frankonii (co dziwne, mimo statusu Beringera nie zachował się do dziś żaden jego portret).
  • Jego kompendium opisuje rzeczywiście zadziwiający ogród zoologiczny fałszywych skamieniałości. Motyle, chrząszcze, pszczoły (jedna przy plastrze miodu). Ptaki (niektóre z piórami, inne bezpióre), jeden w locie, dwa przy świeżo złożonych jajach. Kwiaty (razem z łodyżkami, korzeniami i liśćmi, jeden w trakcie zapylania przez unoszącą się nad nim pszczołę). Ryby, żaby, salamandry, raki, kraby, krocionogi, skorpiony, dżdżownice. Mrówki i osy wraz z gniazdami, pająki (dwa z pajęczynami, jeden chwytający muchę). Karykatury księżyca, słońca, gwiazd i komet. (Wiele z kamieni Beringera ciągle istnieje, niektóre wystawione w Geologisch-Paläontologisches Institut der Universität Würzburg, inne w muzeach przyrodniczych Berlina i Londynu.)
  • Słynne Lügensteine (dosłownie: kłamliwe kamienie) zostały wyrzeźbione, zagrzebane (na szczycie niewielkiego wzgórza Eivelstadt, na przedmieściu Würzburga), a następnie wydobyte, jako element przemyślanego oszustwa. Jednak znaleziska te nie zostały wydobyte przez samego Beringera, lecz wynajętych przez niego kopaczy, a wykonawcami falsyfikatów nie byli studenci Beringera. Cała afera została przygotowana przez dwóch pracowników uniwersyteckich, Herr J. Ignatza Rodericka (profesora geografii, algebry i analizy) i czcigodnego [sic] Georga von Eckharta (tajnego kanclerza i bibliotekarza sądowego i uniwersyteckiego), przy wsparciu niemieckiego arystokraty, barona von Hofa (przypuszczalnie finansującego cały spisek, o którym jednak niewiele wiadomo poza tym, że kazał nosić się w lektyce). Wkrótce po opublikowaniu Lithographiae Beringer zdał sobie sprawę z oszustwa i, kiedy podrabiacze rozpoczęli kampanię oskarżającą go o fałszerstwo, poprosił o specjalne przesłuchanie sądowe dla „ratowania honoru”. Po przesłuchaniu, które odbyło się w kwietniu 1726 roku, Beringer został oczyszczony z zarzutów na podstawie zeznania Christiana Zängera, jednego z zatrudnionych przez niego młodych kopaczy, który przyznał się do udziału w oszustwie i wskazał na winnych – Rodericka, von Eckharta i barona, od których słyszał, że cały spisek umyślili w celu zrujnowania Beringera „ponieważ był arogancki i pogardzał nimi wszystkimi”. Von Eckhart zmarł parę lat później, zaś baron wyszedł z całej sprawy bez uszczerbku. Jednak Herr Roderick organizator spisku, wyjechał z Würzburga, najwyraźniej wygnany z Księstwa Frankonii.
  • Beringer rzeczywiście odkrył hebrajskie litery wśród swoich skamieniałości. Odkrycia tego dokonał jednak przed opublikowaniem swojego dzieła; oprócz hebrajskich były jeszcze napisy łacińskie i arabskie; litery układały się w wyraz „Jehowa”, nie zaś, jak głosi plotka, w nazwisko Beringera.
  • Oryginalne egzemplarze dzieła Beringera należą do prawie legendarnych rzadkości i są wysoko cenione przez bibliofili. Podrobiona „druga” wersja dzieła, wydana w 1767 roku, najwyraźniej na życzenie spadkobierców Beringera, nie jest już tak rzadka. Kilka zaledwie egzemplarzy pierwszego wydania z 1726 roku pojawiło się w sprzedaży w ostatnich dziesięcioleciach, wyłącznie na aukcjach księgarskich (gdzie ich cena skakała niebotycznie od 125 dolarów amerykańskich w 1961 i 250 dolarów w 1971 do ponad 1000 dolarów w 1987 roku).

Nie dziwi fakt, że pamięć o Beringerze i jego dzieło przetrwała tak długo. Jest to historia nadgorliwego, władczego i niewiarygodnie naiwnego „uczonego”, który padł ofiarą oszustwa uknutego przez zaufanych kolegów, pogardzających jego arogancją i uprzywilejowaną pozycją, uznając wyrzeźbione kamienie za skamieniałości i robiąc z siebie głupca w oczach świata. Morał tej opowieści jest oczywisty. A przecież figurki Beringera tylko bardzo powierzchownie przypominają skamieniałości (znacznie mniej żywe organizmy) i trudno sobie wyobrazić, by ktokolwiek dał się nabrać na „skamieniałe” gwiazdy, księżyce, komety i hebrajskie (bądź łacińskie lub arabskie) litery!

Co więcej, Beringera z pewnością trudno uznać za niedouczonego. Zajmował wysokie stanowisko zarówno na uniwersytecie, jak i w würzburskim sądzie; był wyróżniany jako „znakomity [...] bardzo dociekliwy uczony” i nawet w XIX wieku, 150 lat po fiasku z podrobionymi skamieniałościami, był wciąż uznawany w oficjalnej historii uniwersytetu za „wyśmienitego [...] niezmordowanego uczonego [...], najaktywniejszego człowieka swojego czasu”. Co zatem doprowadził o tego wnikliwego badacza do ruiny?

Aby zrozumieć błąd Beringera, musimy najpierw uprzytomnić sobie, co w jego czasach wiedziano, a czego nie wiedziano o naturze skamieniałości. Był to burzliwy okres paleontologii, czas walczących ze sobą idei i niepewnych wyjaśnień. Kwestionowano nawet wówczas „litologię” (jak wtedy nazywano naukę o skałach, minerałach i skamieniałościach), jako zajęcie niegodne wykształconych osób. Pytanie postawione przez samego Beringera w rozdziale 1 jego sławnego dzieła (i przełożone z jego stylizowanej, kwiecistej łaciny przez M. E. Jahna i D. J. Woolfa w klasycznym opracowaniu The Lying Stones of Dr. Beringer, wydanym w 1963 roku przez University of California Press, Berkeley) brzmi:

W jakim celu, pytają nas, oglądamy i w umysłach rozważamy niewielkie kamienie i kamienne figurki, małe obrazki zwierząt lub roślin, odpady gór i potoków, przypadkiem odkrywane w mule i piasku lądów i mórz? W jakim celu, kosztem znacznych pieniędzy i pracy, badamy te znaleziska, opisujemy je w opasłych tomach, wykonujemy ich ryciny i rozprowadzamy je po całym świecie, wypełniamy grube księgi bezużytecznymi dyskusjami na ich temat? Jakaż to strata czasu i pracy pełnych poświęcenia ludzi, by rozpraszać swoje talenty w tego rodzaju zabawie i bezowocnym wysiłku! Czyż nie przypomina to czczego trudu łapania much w locie [...] marnotrawstwa sił, geniuszu i środków wykształconych ludzi?

Odpowiedź Beringera wyraża jego oddanie wiedzy, motywowane silnym podtekstem religijnym:

Umysł człowieka [jednakże] został stworzony do wyższych rzeczy, nie do opychania brzucha, nie do luksusu i przyjemności ciała i nie do najgłupszego z wszystkich zajęć, gromadzenia złota lub pieniędzy [...] Jako uczeni nauk ścisłych nie uznajemy tych, którzy są niewolnikami luksusu [...], lecz raczej te szlachetne dusze, które spożytkowują swoją energię [...] zainspirowane wielkim dostojeństwem nauczania i godnych pochwał y zajęć, w celu doświadczania czystej radości zawartej w nauce. Stanowi to samo sedno etyki chrześcijańskiej [...] Gdzież znaleźć szlachetniejszy cel ludzkiej aktywności od tego, przy którego realizacji zaczynamy od wspaniałych efektów przyrody [...] [dochodząc] do poznania mocy Stwórcy?

Wczasach Beringera badaniem skamieniałości zajmowali się w większości lekarze, prawie zawsze w formie hobby, kiedy pozwalał im na to czas i obowiązki. Wielu z tych uczonych dyletantów urządzało „gabinety”, prywatne kolekcje naturalnych osobliwości – skał, minerałów, muszli, piór, skór zwierzęcych, artefaktów archeologicznych. Właściciele szczególnie cennych gabinetów często przekazywali je lokalnym władzom, a ich zbiory jeszcze dzisiaj można znaleźć w depozytach głównych muzeów. Jednym z najstarszych gabinetów w Europie były kolekcje zebrane z początkiem 1575 roku przez Bernarda Palissy’ego (1510?-1590), paryskiego naturalistę i utalentowanego garncarza, znanego nie tylko z kolekcji wspaniałych naczyń (zdobionych wizerunkami gadów, owadów i roślin), lecz także dzięki licznym przeciwnikom, bez ogródek pomniejszającym jego zasługi (dyluwialistom pomstującym na niego za stwierdzenie, iż „pomylili się paskudnie”, uznając skamieniałości za dowód biblijnego potopu). W połowie XVII wieku prywatne zbiory naturalnych osobliwości stały się dość powszechne. Aż czterdzieści jeden takich gabinetów jest wymienianych przez Maximiliana Missiona (1650?-1722) w książce New Voyage to Italy, kronice z jego podróży po Europie w 1688 roku.

Nie ma dowodów, że gabinet Beringera, „zebrany z prawie wszystkich wybrzeży Europy” i złożony głównie z obiektów wykopanych z ziemi, wyróżniał się czymkolwiek przed 31 maja 1725 roku. Jednak w tym to dniu jego kopacze wydobyli i dostarczyli mu pierwsze trzy kamienne obiekty: jeden przedstawiający „okrąg podobny do słońca z jego promieniami”, pozostałe natomiast przypominające jakieś robakokształtne obiekty. W ciągu zaledwie kilku miesięcy zbiory uzupełniły setki kamieni, niektóre z obiektami po obydwu stronach. Teraz gabinet Beringera musiał rzeczywiście stać się nadzwyczajny! Czy Beringer był szczęśliwy? Wstrząśnięty? W ekstazie? Można tylko zgadywać! Ze wstępu do Lithographiae Wirceburgensis: „Te wspaniałe okazy stanowią najpełniejszy skarbiec kamieni w całych Niemczech [...] ostatecznie, dzięki moim wytrwałym wysiłkom [...] odkryte i wydobyte niemałym kosztem i pracą. Wątpi ę, czy kiedykolwiek ukaże się oczom uczonego-przyrodnika odkrycie bardziej radujące serce”. Chociaż Beringer był przekonany o doniosłości swoich znalezisk, martwił się jednak tym, w jaki sposób je wykorzystać. Tak więc, jak donosi w Lithography, uczynił to, co każdy uczony na jego miejscu by zrobił – powędrował do biblioteki i przejrzał odpowiednie dzieła, aby zobaczyć, czy ktoś jeszcze miał do czynienia z podobnymi kamieniami, i jak je ewentualnie objaśniał. Poszukiwania biblioteczne pozwoliły mu stwierdzić (prawidłowo), że żadna z teorii nie pasowała do jego znalezisk, a jego wyjątkowo drobiazgowa argumentacja stanowi o szczególnej wartości tej części dzieła, jednego z nielicznych zachowanych źródeł, mówiących nam o tym, jak w tym czasie patrzono na skamieniałości.

Wróć do czytelni

KOLEBKA ŻYCIA

W przystępny sposób książka przedstawia początki życia na Ziemi. Autor jest światowej sławy paleobiologiem – odkrywcą skamieniałych mikroorganizmów sprzed 3,5 miliarda lat. W swojej książce opowiada historię odkrycia, przedstawiają jednocześnie ewolucję poglądów na początki życia na Ziemi.
Copyright © 1997-2019 Wydawnictwo Naukowe PWN SA
infolinia: 0 801 33 33 88